środa, 30 marca 2016

Fat burner psia mać...

Święta były i minęły. nie wiem kiedy jedno popołudnie i dwie nocki w pracy. Interwencji od groma. Nie było kiedy się po tyłku podrapać, już nie mówiąc o zjedzeniu kanapki. I co? I to, że... gacie od munduru zaserwowały mi zjazd z bioder na tyłek oraz kamizelka taktyczna pomimo ściągnięcia sznurków nadal za szeroka. Chyba na wiosnę temperatura wzrosła i smalec z boczków się wytapia. Dobrze, nie mam nic przeciwko.

Dziś znów popołudnie w pracy, więc rano zielona herbata, sernik (no halo, święta przecież były) i tabata + parę piosenek w rytmie zumby. I jest taka moc, taka siła, że chyba rozniosę dziś miasto w drobny pył.

Ave!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz