Wczoraj Pan Mąż przyniósł mi piłkę lekarską o wadze 3 kg. 3 kg! Co to było? Na taką babę jak ja? Przecież to bułka z masłem. Mój cel, to w jak najszybszym czasie przerzucić piłkę na odległość 5 metrów. Poszliśmy przed dom poćwiczyć i wylazło szydło z worka. Nie dość, że nawet nie dorzucałam do tych 5 metrów, to jeszcze jak się szarpnęłam, jak mi pykło coś w karku, to i tak mi zostało. Sport to zdrowie mówią... Daje przypływ endorfin mówią... Taaaa...
Przypływ był owszem, ale z pewnością nie endorfin, a bólu, jak nie mogłam się przekręcić z boku na bok. Takie to są skutki braku rozgrzewki. Czy to w jakiś sposób zdemotywowało mnie do powyciskania ciężarków? A skąd! Boli? Trudno, przestanie. I tak jeszcze wieczorem trochę wyciskania, trochę skakania, brzuszków, plecków.
To było wczoraj, a co dziś?
A dziś rano owsianka z orzechami, kakao i rodzynkami. Potem 6 km truchtania. O dziwo wyrobiłam się w 45 minut, przy czym większość drogi przegadałam przez telefon z koleżanką. I pewnie nie koniec jeszcze atrakcji na dziś, bo do tej durnej głowy coś jeszcze wpadnie.
Zauważyłam, że po tygodniu takiego truchtania chyba z brzucha tłuszcz się wytapia, bo słaby zarys mięśni widać. A i wczoraj Pan Mąż stwierdził, że widać efekty ćwiczeń i że mam talię. Same niesamowitości... ;)
Do jutra.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz